10 lat w syberyjskim łagrze. W słupskim sądzie o zbrodniach NKWD

Bogumiła Rzeczkowska
Bogumiła Rzeczkowska
10 lat w syberyjskim łagrze. W słupskim sądzie o zbrodniach NKWD
10 lat w syberyjskim łagrze. W słupskim sądzie o zbrodniach NKWD Łukasz Capar
Przed Sądem Okręgowym w Słupsku toczy się proces odszkodowawczy, którzy wytoczyli Skarbowi Państwa spadkobiercy Michała K. Przedwojenny żołnierz Strzelców Grodzieńskich, a później Armii Krajowej, został zesłany na Syberię na 10 lat.

- To niesamowita historia. Scenariusz filmowy – mówi radca prawny Bogdan Basarab, reprezentujący spadkobierców Michała K., którzy po latach przypadkiem dowiedzieli się, że w ogóle mogą ubiegać się o zadośćuczynienie.

Dramatyczna historia żołnierza, aresztowanego przez NKWD w lipcu 1945 roku i skazanego na katorgę za przynależność do AK została odtworzona na podstawie akt sprzed 75 lat. W czasie gdy katorżnik przymierał głodem i ciężko pracował na Syberii, jego żona z małymi dziećmi wraz z innymi Polakami wypędzonymi z Grodna w bydlęcym wagonie trafiła do Słupska. Po dziesięciu latach odnalazł ją tu Michał K. Już wolny. Wrak człowieka, z problemami emocjonalnymi, w czasach PRL-u ukrywający swój życiorys. Człowiek, któremu nikt nigdy nie wynagrodził krzywd. Teraz o to starają się u schyłku swojego życia spadkobiercy – córka i syn Michała K. Domagają się po 370 tysięcy złotych odszkodowania.

Miłość w grypsie i liście

Michał K., rocznik 1900. Przedwojenny wojskowy. Szef kompanii. Właściciel domu w Grodnie przy ulicy Syrokomli 29. Mąż, ojciec córki i syna. Zmarł w Słupsku w 1980 roku.

Zostały po nim pamiątki rodzinne i dwa bezcenne dokumenty: gryps więzienny z aresztu w Grodnie przemycony do żony z nazwiskiem zdrajcy, który wydał aresztowanych wtedy akowców i napisany po rosyjsku list z kwarantanny w Archangielsku – przez chorego wtedy na tyfus.

„Droga Klimko, dbaj o dzieci. Mój los jest nieznany. U nas jest zimno. Zdrowego życia. Kochający Was aż do śmierci Michał” – to fragmenty, które najbardziej chwytają za serce.

- Gdy się urodziłem dziadka nie było. Wrócił do Polski, gdy byłem pięcioletnim dzieckiem. Był to grudzień 1955 roku – mówił przed sądem Zygmunt W., wnuk Michała K.

I w zasadzie tylko na jego relacji z własnych rozmów z dziadkiem i zapamiętanych przez Zygmunta W. opowieściach rodzinnych – babci i mamy - może opierać się sąd, bo spadkobiercy to „schorowana starowinka” i jej brat, który przeszedł bardzo ciężkie choroby. To dzieci Michała K.

- Dziadek był zamknięty w sobie, ale przełamywał się, gdy pomagałem mu w pracach remontowych – relacjonował wnuk, opowiadając po kolei o przegranej kampanii wrześniowej, nawiązaniu przez dziadka kontaktu z AK, co najprawdopodobniej – bo była to tajemnica – sprawiło, że Michał K. stał się emisariuszem w okręgu grodzieńskim. Zajmował się przekazywaniem finansów, a środki pochodziły od rządu polskiego na uchodźstwie w Londynie. Zajmował się szkoleniem akowców, zdobywaniem broni i kolportażem ulotek. W Grodnie pracował w niemieckiej fabryce tytoniu i z tego utrzymywał rodzinę. Gdy w 1944 roku Rosjanie przegonili Niemców, NKWD od razu zaczęło wyszukiwać członków AK.

Droga przez syberyjskie łagry była długa. Michał K. przetrwał katorgę, która w opowieściach rodzinnych przypominała inną relację sprzed 100 lat – „Wspomnienia z domu umarłych” Fiodora Dostojewskiego. Na Syberii czas stanął w miejscu. Tyfus, wszy, głód, mróz. Wyrąb drzew. Budowa dróg. Sienniki, piętrowe łóżka, na środku koza i brak wszystkiego. Śmierć wielu, wielu innych zesłańców. 10 lat w piekle Stalina.

Reszta życia w milczeniu

Wnuk zeznał, że gdy dziadek trafił do Słupsku, nie mógł znaleźć pracy. Jakieś trzy lata pomagał babci, która sprzedawała w budce z gazetami i cukierkami przy wejściu do szpitala. Później ulitował się nad nim dyrektor gazowni, też żołnierz kampanii wrześniowej, a jeszcze później zabrał Michała K. ze sobą do Wodociągów Miejskich. I tam pracował do emerytury akowiec, zesłaniec, przemilczając swoją historię, nie mogąc poradzić sobie z emocjami.

- Bo w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych nie było się czym chwalić, że dziadek był skazany na Syberię i to jeszcze za AK. To było naganne. Bał się konsekwencji - relacjonował Zygmunt W. - Na pogrzeb dziadka przyjechał jego dowódca z kompanii Strzelców Grodzieńskich. Wygłosił mowę pogrzebową. Żołnierze mieli ze sobą kontakt. Była taka tradycja, że jeżeli któryś umarł, składali się na pomnik.

Przeszukanie. Aresztowanie. Skazanie. Rozbita na 10 lat rodzina. Żona z dziećmi bez środków do życia. I powrót zupełnie innego człowieka. Tylko parę słów, a całe udręczone życie. Na ile sąd wyceni te przeogromne krzywdy?

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie