Morderstwo w ajencji PKO wstrząsnęło Słupskiem

Joanna Krężelewska
Joanna Krężelewska
Wizja lokalna. Józef B. na terenie zakładu. Archiwum Sądu Okręgowego w Koszalinie
Słupsk, wrzesień 1973 roku. Żelazny płaskownik niósł zawinięty w „Głos Słupski”. Kazimiera próbowała przed kolejnymi ciosami osłonić głowę. Uderzenia były tak silne, że napastnik złamał jej kości obu rąk. Potem zabił. Zrabował prawie 73,5 tys. złotych. Długo pieniędzmi się nie cieszył...

4 września 1973 roku tuż po godzinie 18 dyżurny Komendy Miejskiej Milicji w Słupsku odebrał telefon. Zdenerwowany pracownik Słupskiej Fabryki Maszyn Rolniczych zgłosił, że w biurze ajencji banku PKO odnalazł kasjerkę. Był pewien, że została zabita. Cała podłoga była we krwi. Krwawe rozbryzgi zauważył na ścianach. Na ulicę Poznańską natychmiast pojechali mundurowi z grupy operacyjno-dochodzeniowej.

Ajencja działała na piętrze budynku, nad pijalnią mleka, obok pomieszczeń Rady Zakładowej i biblioteki. Ciało 68-letniej kasjerki, Kazimiery, leżało na wznak. Głowa oparta była o ścianę. W okolicy czołowo-ciemieniowej rana, długa na ponad jedenaście centymetrów. Kolejna przy potylicy – ośmiocentymetrowa. Ciosy były tak silne, że widać było fragmenty potrzaskanej czaszki.

Obok zwłok leżała torba w kolorowe kwiaty. W środku śliwki i pusta butelkę po mleku.

Lubiane, szanowane, sumienne

Rozpoczęło się śledztwo. Jako pierwszy na przesłuchanie wezwany został szef Rady Zakładowej, który dokonał makabrycznego odkrycia.

O tym jak wyglądało życie codzienne w dawnym Famarolu opowiada Henryk Grządzielski, wieloletni pracownik fabryki.

– Ostatni raz panią Kazimierę widziałem 1 września, kiedy to pożyczyłem od niej książkę „Przygody o krakusach”. W pracy była bardzo solidna. Znam ją z działalności w Radzie Zakładowej, gdzie pracowała jako bibliotekarka. Osobiście oprawiła około 1200 książek, sama walczyła o papier i klej. Jak to się mówi – wszystko i wszędzie potrafiła załatwić.

Były takie przypadki, że jak ktoś na czas nie oddawał książki, to sama po odbiór chodziła po domach. W ajencji PKO u pani Kazimiery prawie cała załoga płaciła za różne świadczenia, za gaz, telefon, światło, wpłacali na książeczki oszczędnościowe. Kasjerka przychodziła do pracy o godz. 11.15, a kończyła o godz. 16. Przyjmowała wpłaty i wypłacała pieniądze przy biurku, w tym pomieszczeniu nie ma takiego okienka, jak na poczcie – mówił Edward G.

W gronie podejrzewanych szybko znalazł się były pracownik Fabryki Maszyn Rolniczych, który od dłuższego czasu nie pracował, a tragicznego dnia widziany był na terenie zakładu. Wiele osób zwróciło też uwagę, że tuż po morderstwie zaczął szastać pieniędzmi.

– 5 września Józef B. zapytał mnie, czy mogę pojechać z nim po zakupy, bo jego siostra wychodzi za mąż. Chciał kupić sobie buty, krawat, spinki do koszuli i koszulę. Na rynku przy ul. Wolności kupił buty, za które zapłacił 450 lub 480 zł. Jedną koszulę kupił u prywaciarza przy ul. Starzyńskiego za 250 zł, a drugą przy ul. Wojska Polskiego za około 300 zł. Tam też kupił krawat – wyliczał kolega Józefa, Waldemar P.

Chciał kupić miłość

Najbardziej obciążające Józefa B. zeznania złożyły kobiety, o których względy się starał, a które go odrzuciły. Do Anny B. przyjechał na motocyklu już 4 września wieczorem. Namawiał, by do niego wróciła.

– Powiedział, że jak coś mi pokaże, to wtedy na pewno będę chciała z nim chodzić. Wyjął z kasku bony oszczędnościowe. Dziesięć lub więcej, a każdy o wartości chyba 10 tysięcy złotych – powiedziała milicjantowi. – Wyjął też nowe banknoty o nominale 1000 złotych. Gruby plik, a raczej rulon.

Józef przekonywał Annę, że dostał spadek po śmierci bogatej babci. – Powiedziałam mu, żeby poszukał sobie równie bogatej, jak on dziewczyny. A on wyciągnął jeszcze książeczkę oszczędnościową, wypisaną na jego nazwisko. Powiedziałam: chcesz mnie kupić, a ja nie chcę być pasożytem – relacjonowała śledczym Anna. Jej ekschłopak zapowiedział jeszcze, że kupi sobie fiata i urządzi się. Ani pieniądze, ani wizja pławienia się w luksusach, ani też podróży fiatem nie przekonała Anny. Szczęścia szukał jeszcze u Ewy, ale i ta nie skusiła się na pieniądze.

„Dziony”

20-letni Józef B., mieszkaniec Kobylnicy, z zawodu ślusarz-spawacz, długo kluczył w swoich zeznaniach. Początkowo przekonywał śledczych, że z rozbojem nie miał nic wspólnego. Później przyznał, że był tylko jednym z wielu uczestników napadu, a mózgiem operacji miał być poznaniak o ksywce „Dziony”. Wreszcie pękł 7 września, podczas trzeciego dnia przesłuchań.

– Zabójstwa kasjerki ajencji PKO przy Famarolu w Słupsku dokonałem sam, bez udziału innych osób – wyznał o godz. 15.35. – Prawdą jest, że w restauracji Rarytas w Kobylnicy „Dziony” namawiał mnie na włamanie do ajencji, ale nie chciałem tego zrobić wraz z innymi, gdyż sądziłem, że w razie, gdy to się wyda, wspólnicy obciążą mnie. Zwalą na mnie całą winę, a większą część łupu zgarną sami. W niedzielę, 2 września, wypiłem trochę wódki w Rarytasie i w Podmiejskiej. Gdy byłem pod wpływem alkoholu, zrodził się u mnie zamiar kradzieży. Nazajutrz od rana obmyślałem, jak tego dokonać.

Motor i długi

B. nie pracował, a ponieważ lubił zaglądać do kieliszka i przesiadywać w restauracjach, potrzebował gotówki. Potrzebował jej również na pokrycie długów – jego szwagier od dłuższego czasu domagał się 5 tys. zł za motocykl SHL, którym Józef jeździł od miesięcy, a za który nie zapłacił. 8 września za mąż wyjść miała siostra oskarżonego - jej przyszły mąż naciskał Józefa, by ten oddał mu wreszcie 2 tys. złotych, które wcześniej bez zgody pobrał z książeczki PKO. To dlatego zbrodniczy plan Józef B. postanowił zrealizować.

4 września Józef B. spakował do siatki gumowe rękawice swej matki. W kiosku przy ul. Wojska Polskiego kupił „Głos Słupski”. W gazetę postanowił zawinąć łom, czy inne narzędzie, które uda mu się znaleźć. Dla kurażu w barze Piekiełko wypił kilka głębszych i zakąsił jajkiem na twardo. Zaparkował motocykl przy ul. Pomorskiej i udał się na teren zakładu.

Przed godz. 15 wszedł do ajencji, by zrobić rekonesans. Zapytał o coś kasjerkę, wyszedł. W budynku znalazł płaskownik, metalowy pręt o prostokątnym przekroju. Zawinął go w gazetę. Na dłonie założył gumowe rękawiczki. Stał przy drzwiach do ajencji i czekał. Palił sporty, rzucając niedopałki w róg korytarza. W pewnym momencie otworzyły się drzwi ajencji. Kazimiera zauważyła napastnika. Zaczęła krzyczeć.

Wtedy zaatakował. Zadawał kolejne ciosy. Kasjerka się przewróciła. – Wypadła jej z ręki torba. Wysunęły się z niej banknoty tysiączłotowe. Zwinąłem je w rulon i schowałem do kieszeni bluzy. W torbie znalazłem też klucze. Trzy komplety po trzy sztuki. Podszedłem do szafy i próbując kolejno otworzyłem trzy patentowe jej zamki. Zabrałem z szafy książeczki PKO, owinąłem w gazetę i schowałem za pazuchą bluzy. Następnie otworzyłem podłużną metalową kasetę i wyjąłem z niej okrągły stempel, podłużną pieczątkę i rulon bonów PKO.

W sumie Józef B. zrabował prawie 73,5 tys. złotych, 20 tys. zł w bonach oszczędnościowych, 18 książeczek oszczędnościowych, datownik i pieczątkę. Morderca wybiegł z fabryki i skierował się na ulicę Wrocławską. Po drodze wyrzucił płaskownik i rękawice.

20-letni mężczyzna nie cieszył się dobrą opinią. Jako 15-latek stanął przed sądem dla nieletnich w Słupsku.

Za kradzieże i włamania trafił do poprawczaka. Po wyjściu pracował przez pół roku w Fabryce Maszyn Rolniczych i zarabiał 600 zł miesięcznie.

„Był pracownikiem niezdyscyplinowanym, opieszałym i nie respektował zaleceń przełożonych” – ocenił później jego szef. Chłopak sam rzucił pracę. Najczęściej widziany był w knajpach z kieliszkiem w dłoni, w szemranym towarzystwie. Na jednej z zabaw zaczął się awanturować i trafił do aresztu.

Nietrafione alibi

5 października 1973 roku akt oskarżenia był już gotowy. Prokurator nie uwierzył we wszystkie słowa Józefa B. Przeczyły temu mocne dowody. W toku śledztwa udało się dokładnie zrekonstruować tło zabójstwa, jego przebieg oraz odtworzyć zachowanie oskarżonego przed i po popełnieniu zbrodni.

Po – gdyż wpadł też na pomysł, jak zapewnić sobie alibi. Pomysł dość jednak kiepski – po zabójstwie pojechał na ulicę Jagiełły, gdzie upozorował wypadek motocyklowy. Przewrócił się na jezdni i... czekał. Żaden milicjant się nie zjawił, na co Józef B. liczył, dlatego... odjechał. Udał się na dworzec PKP, a na peronie podszedł do dwóch znajomych kolejarzy i zamienił z nimi kilka słów.

Z tak „mocnym” alibi pojechał do domu, do Kobylnicy. Za radiem schował gotówkę. Odliczył osiem tysięcy, schował do kieszeni. Autobusem pojechał do Słupska. Uregulował dług u szwagra i poszedł... na zakupy. Pierwszym były czarne półbuty, tzw. twistery.

Wrócił do domu. Jedną z książeczek PKO wypisał na swoje nazwisko. Ostemplował kilka wpłat – nawet na 150 tys. złotych. Część pieniędzy ukrył w wywietrzniku komórki na węgiel i na strychu. Wieczorem pojechał do Anny B., by kupić jej miłość.

5 września uregulował wszystkie długi, ale wierzyciele nie cieszyli się pieniędzmi zbyt długo – tuż po zatrzymaniu 20-letniego zabójcy musieli oddać pieniądze, a gotówka została zwrócona do PKO.

...bo krzyczała

Sprawa podlegała rozpatrzeniu przez Sąd Wojewódzki w Koszalinie. Józef B. przyznawał się do przynajmniej jednokrotnego uderzenia kasjerki, ale nie przyznał się do zamiaru dokonania zabójstwa. Twierdził, że jego zamiarem była kradzież pieniędzy. Uderzyć miał, bo Kazimiera krzyczała, przez co mógł zostać zdemaskowany. A chciał – jak twierdził – ją „tylko ogłuszyć”.

Wyrok na sesji wyjazdowej koszalińskiego Sądu Wojewódzkiego zapadł 27 października 1973 roku – trzeciego dnia procesu. Józef B. został uznany za winnego zbrodni zabójstwa (art. 148 par. 1 k.k.) i skazany na karę najsurowszą – karę śmierci.

W uzasadnieniu sędzia Marian Kozubal, przewodniczący składu orzekającego, podkreślił, że przestępstwa przeciwko życiu na terenie Słupska zdarzają się wyjątkowo często i sąd wymierzał już tę najsurowszą z kar.

– Wiedział o tym także oskarżony, który na rozprawie wyjaśnił, że nie kojarzył tego wyroku ze sobą. Myślał, że nie zostanie ujęty. Oskarżony zabił Kazimierę, 68-letnią zacną kobietę. Czynu tego dokonał z wyjątkową brutalnością, łamiąc ofierze nawet ręce. Zabójstwa połączonego z rabunkiem dokonał z wyjątkowym tupetem – w jasny dzień w czynnym zakładzie pracy. Mimo okropności czynu zachowywał się spokojnie i myślał, jak zapewnić sobie alibi. W toku śledztwa oskarżony chciał przerzucić odpowiedzialność na niewinnych ludzi.

Sędziowie podkreślili też, że pomimo wcześniejszej ingerencji sądu dla nieletnich, wychowawców, kierowników zakładów pracy, a nawet sympatii oskarżonego, ten się nie zmienił. – Prowadził pasożytniczy tryb życia i dla zdobycia pieniędzy, właśnie po to, by taki tryb życia prowadzić, nie wahał się zabić uczciwego człowieka pracy i jednocześnie dokonać zamachu na mienie społeczne.

Dlatego też w zakresie jakichkolwiek prognoz reedukacyjnych wobec osoby oskarżonego należy wypowiedzieć się negatywnie i stwierdzić należy, że tylko w drodze eliminacji oskarżonego ze społeczeństwa można osiągnąć odpowiedni efekt represyjny – argumentowali wyrok sędziowie.

Ucieczka i próba samobójcza

Kiedy B. wpadł na pomysł ucieczki zza krat, tego się nie dowiemy. Plan wcielił w życie 22 listopada. Jego kolega z celi, również skazany na karę śmierci, miał upozorować samobójstwo, wieszając się na kracie okna. Założenie było takie – kiedy oddziałowy będzie chciał udzielić mu pomocy, Józef B. obezwładni go, zabierze klucze i ucieknie. Do próby tej jednak nie doszło – funkcjonariusze przechwycili „gryps”, w którym opisany był niecny plan.

Zrezygnowany B. 3 grudnia zdecydował sam popełnić samobójstwo. Sposób wybrał co najmniej dziwny – połknął gwoździe. Za to został ukarany „siedmioma dniami twardego łoża”.

18 czerwca 1974 roku Sąd Najwyższy w Warszawie rozpatrzył rewizję, wniesioną przez obrońcę oskarżonego. Wyrok koszalińskiego sądu utrzymał w mocy.

We wrześniu 1974 roku Rada Państwa zdecydowała nie skorzystać z prawa łaski wobec 21-letniego Józefa B. 27 września 1974 roku morderca został stracony.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3